Strona Główna nasz DOM
www.netparafia.pl

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UĹźytkownicyUĹźytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
Wanda Półtawska - Padre Pio - mój prywatny Święty
Autor Wiadomość
tg


Miejscowosc: Północne Mazowsze
Wysłany: 26 Czerwiec 2009, 10:44   Wanda Półtawska - Padre Pio - mój prywatny Święty

.
Wanda Półtawska „Z prądem i pod prąd” Edycja św. PAWŁA, wyd. IV, 2006.

Wanda Półtawska urodziła się 2 listopada 1921 roku w Lublinie. W czasie wojny była harcerką Szarych Szeregów, za co w 1941 roku została aresztowana przez gestapo. Została skazana na karę śmierci i wysłana do obozu koncentracyjnego w Ravensbriick, gdzie była poddana okrutnym eksperymentom medycznym. Obóz opuściła na początku maja 1945 roku i wróciła do kraju.
Z wykształcenia jest doktorem medycyny, specjalistą w dziedzinie psychiatrii. Od niemal samego początku swojej działalności zawodowej pracuje w Poradniach Młodzieżowych i Małżeńskich. Od 1955 roku prowadzi wykłady z medycyny pastoralnej na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, w której od 1967 roku kie¬ruje Instytutem Teologii Rodziny. W latach 1981-84 wykładała w Instytucie Jana Pawła II przy Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie. Od 1983 roku jest członkiem Papieskiej Rady Rodziny i członkiem Papieskiej Akademii Pro Vita („W obronie życia"). Została odznaczona papieskim medalem Pro Ecclesia et Pontefice („Za zasługi dla Kościoła i papieża"), a także Złotą Odznaką „Za pracę dla miasta Krakowa".
Od wielu lat jest członkiem Unii Pisarzy Medyków i Stowarzyszenia Dziennikarzy Katolickich. Jest autorką licznych publikacji naukowych oraz popularyzatorskich, a także wielu książek, m. in.: / boję się snów (wspomnienia z obozu w Ravyensbriick, po raz pierwszy opublikowane w 1961 roku i przetłumaczone na język angielski i niemiecki), Stare rachunki (wydane po raz pierwszy w 1969 roku), Przy¬gotowanie do małżeństwa (1993), Samo życie (1994).
Mąż, Andrzej, jest profesorem filozofii. Mają cztery córki.


PADRE PIO - MÓJ PRYWATNY ŚWIĘTY

Artykuły różnych dziennikarzy sprowokowały mnie do napisania tego świadectwa, a przede wszystkim artykuł doktora Gherardo Leone zawarty w numerze specjalnym La Casa Sollievo delia sofferenza („Dom ulgi w Cierpieniu") poświęconym wizycie Ojca Świętego Jana Pawła II w San Giovanni Rotondo, w setną rocznicę urodzin Ojca Pio. W numerze 4-6 z 1987 roku, na stronie 24, cytując listy Ojca świętego do Padre Pio autor napisał: „i tu się kończy historia doktor Półtawskiej".

A dla mnie było zupełnie inaczej: dla mnie właśnie wtedy sprawa Ojca Pio w moim życiu się zaczęła. Nie wiedziałam nic o listach arcybiskupa Karola Wojtyły - leżałam wtedy w szpitalu, gotowa na ciężką operację, po której miałam szansę przeżyć rok lub półtora do przerzutów. Nie modliłam się o cud, ale chciałam operacji, bo chciałam żyć jak najdłużej, ponieważ miałam małe dzieci. Mój przyjaciel, Profesor N., po zbadaniu mnie powiedział: „No, jest może 5% możliwości, że to nie rak; to się okaże po zabiegu".
Ale zabiegu nie było, bo w ostatniej chwili okazało się, że naciek zniknął, więc myślałam, że to te 5%.

Dopiero w domu dowiedziałam się o tych listach do Ojca Pio, ale prawdę mówiąc nie byłam pewna. Nie pytałam o nic i wolałam to zamknąć. Dziś myślę, że Pan Bóg jest tak delikatny i tak subtelny w działaniu, że nie chce zmuszać człowieka do wdzięczności i do wiary w rzeczy trudne do uwierzenia.
Zamknęłam ten rozdział, ale było we mnie to pytanie-Jak to naprawdę było?" Drążyło mnie.

Któż jest ten Padre Pio? W tym czasie w Polsce nie było wiele wiadomo: jakiś tam włoski mnich, gdzieś daleko. Ale, gdy w 1967 roku niespodziewanie dla mnie znalazłam się w Italii - wracając z Ameryki po udanej operacji z innego powodu - miałam okazję zwiedzać Rzym i piękną Italię Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio.
Pojechałam do San Giovanni Rotondo w maju 1967 roku pociągiem. Zajechałam wieczorem i już pod kościołem zobaczyłam tłumy ludzi. Jak tu się dostać do środka, żeby Go widzieć? Chodziłam po placu i myślałam, jak to zrobić. Wyszedł jakiś braciszek, więc podeszłam do Niego i mówię, że ja jestem z tak daleka, z Polski, i że po raz pierwszy od 10 lat dostałam paszport, i że pewnie nigdy więcej nie będę miała okazji być.
- Co zrobić, żeby zobaczyć z bliska Ojca Pio? Popatrzył na mnie i zapytał:
- Z Polski?
- Tak, z Krakowa!
Zastanowił się, a potem powiedział:
- Niech Pani przyjdzie o piątej rano do tej furtki.

Przyszłam o piątej rano. Pod bramą kościoła tłum, ale braciszek był i wprowadził mnie od tyłu, wprost do prezbiterium. Byłam blisko ołtarza. Ojciec Pio odprawiał Mszę świętą siedząc, gdyż chodził z trudem. Na rękach miał rękawiczki, które zdjął podczas podniesienia. Na bandażach, które miał, widać było rdzawe plamy - byłam tak blisko, ze mogłam to widzieć. Ale nawet nie to mną wstrząsnęło, w to, jak ten stary mnich odprawiał Mszę świętą. Właściwie pierwszy raz w życiu widziałam, że jest to ofiara krwi 2 zawsze o Mszy świętej mówi się: „bezkrwawa ofiara", była męka: na czole miał pot, cierpiał - ten człowiek cierpiał. Z racji zawodu jestem dość obeznana z objawami bólu. Ojciec Pio był blady, a na czole miał krople potu. Drżące ręce i to skupione spojrzenie skierowane nie do ludzi, ale do Hostii trzymanej w ręku.

Takiego skupienia i takiej koncentracji w spojrzeniu nie widziałam u nikogo, choć nieraz miałam okazję obserwować kapłanów sprawujących Najświętszą Ofiarę. To było inaczej - ten człowiek cierpiał fizycznie! Trwało to długo, choć nie dłużyło się... Ludzie milczeli, a kościół pełen ludzi jakby zastygł, zarażony tym skupieniem tego dziwnego człowieka.
A po Mszy świętej Ojciec Pio przechodził koło mnie do zakrystii. Zatrzymał się przez chwilę, wodził oczami po obecnych, a potem skierował się wprost do mnie.
Podszedł, uśmiechnął się, pogłaskał mnie po głowie i powiedział:
- Allora, va bene? (A więc w porządku?) - i popatrzył mi w oczy.
To spojrzenie mam w sobie - i tego spojrzenia nie da się opisać. A ja nagle wiedziałam, że On mnie rozpoznał i że to właśnie On przyczynił się do tych pięciu procent tam, wtedy - na oddziale onkologii!
Spojrzenie i uśmiech jakby trochę figlarny...
Kobiety rzuciły się do mnie:
- Co Pani zrobiła, że do Pani podszedł, pogłaskał? One z kolei chciały dotknąć mojej głowy.
- Nic, nic nie zrobiłam, przyjechałam z Polski. Powtarzały: „z Polski, z daleka" (wtedy nie było tylu Po¬laków w Italii, co dziś).
Czułam i czuję do dziś dotyk tej dłoni na mojej głowie. Zrozumiałam i rozumiem do dziś to spojrzenie przenikające do głębi serca - i noszę je w sobie.

Myślę, że każdy człowiek, na którego spojrzał ten człowiek, nie może tego spojrzenia zapomnieć - zresztą dziś rozbawiam z ludźmi, którzy się czują Jego dziećmi: wszyscy 2nają to spojrzenie, choć mało kto umie je opisać.
była męka: na czole miał pot, cierpiał - ten człowiek cierpiał. Z racji zawodu jestem dość obeznana z objawami bólu. Ojciec Pio był blady, a na czole miał krople potu. Drżące ręce i to skupione spojrzenie skierowane nie do ludzi, ale do Hostii trzymanej w ręku.
Takiego skupienia i takiej koncentracji w spojrzeniu nie widziałam u nikogo, choć nieraz miałam okazję obserwować kapłanów sprawujących Najświętszą Ofiarę. To było inaczej - ten człowiek cierpiał fizycznie! Trwało to długo, choć nie dłużyło się... Ludzie milczeli, a kościół pełen ludzi jakby zastygł, zarażony tym skupieniem tego dziwnego człowieka.
A po Mszy świętej Ojciec Pio przechodził koło mnie do zakrystii.

Zatrzymał się przez chwilę, wodził oczami po obecnych, a potem skierował się wprost do mnie.
Podszedł, uśmiechnął się, pogłaskał mnie po głowie i powiedział:
- Allora, va bene? (A więc w porządku?) - i popatrzył mi w oczy.
To spojrzenie mam w sobie - i tego spojrzenia nie da się opisać. A ja nagle wiedziałam, że On mnie rozpoznał i że to właśnie On przyczynił się do tych pięciu procent tam, wtedy - na oddziale onkologii!
Spojrzenie i uśmiech jakby trochę figlarny...
Kobiety rzuciły się do mnie:
- Co Pani zrobiła, że do Pani podszedł, pogłaskał? One z kolei chciały dotknąć mojej głowy.
- Nic, nic nie zrobiłam, przyjechałam z Polski. Powtarzały: „z Polski, z daleka" (wtedy nie było tylu Polaków w Italii, co dziś).
Czułam i czuję do dziś dotyk tej dłoni na mojej głowie. Zrozumiałam i rozumiem do dziś to spojrzenie przenikające do głębi serca - i noszę je w sobie.
Myślę, że każdy człowiek, na którego spojrzał ten człowiek, nie może tego spojrzenia zapomnieć - zresztą dziś roz¬bawiam z ludźmi, którzy się czują Jego dziećmi: wszyscy 2nają to spojrzenie, choć mało kto umie je opisać.

Na jesieni tego samego 1967 roku byłam w miasteczku K., wezwana do sądu jako biegły. Wygłosiłam swoją opinię, skończyłam pracę w sądzie i do pociągu zostało mi pare godzin. Poszłam do parku. Był piękny, słoneczny dzień, a ja miałam książkę, więc zaczęłam czytać.
Po chwili jakaś kobieta nieśmiało podeszła do mnie pytając:
- Przepraszam, czy pani jest doktor Półtawska?
- Tak - powiedziałam.
- Ach, bardzo panią proszę, moja siostra jest chora i tak bardzo pragnie panią doktor zobaczyć i poradzić się.
Zapytałam, gdzie to jest. Niedaleko. Poszłam, gdyż nic nie stało na przeszkodzie - miałam czas. Weszłam do ciemnej izby - a może nie była tak ciemna, ale ja wchodziłam ze słońca. Kobieta powiedziała do siostry, która leżała w łóżku:
- Kochana, przyprowadziłam ci panią doktor.
- Tak wiem - mówi tamta - Ojciec Pio powiedział mi, że pani przyjdzie.
- Ojciec Pio?
No właśnie, nie wiem, jak jej to powiedział, ale prawdą jest, że przyszłam. Kobietę skierowałam do krakowskiej klini¬ki, gdyż wymagała natychmiast operacji na neurochirurgii.
Niby nic, a jednak myślałam: „No, mój prywatny Święty mnie «posyła»".
On mnie, a ja Jego.

Nie mogę opisywać wszystkich faktów tego mojego ponad dwudziestoletniego kontaktu z Ojcem Pio. Nie są to fakty, które by mogły służyć jako materiał do procesu, który trwa, bo nie dadzą się udowodnić - bo jakże można udowodnić na przykład taką historię.
Kończyłam wykłady w Kurii o 19.00, a o 19.15 miałam wykłady w parafii na Dębnikach (dzielnica Krakowa, dość daleko od Kurii). Miał czekać na mnie znajomy człowiek z samochodem, bo inaczej nie mogłabym zdążyć.
Wychodzę po wykładzie, a portier mówi, że dzwonił ten pan przepraszając, ale samochód się zepsuł, więc nie przyjedzie. No, trudno, idę na postój taksówek. Kolejka liczy 18 osób, leje deszcz.
Stoję 10 minut, ani jednej taksówki, a tam na Dębnikach ludzie w kościele na mnie czekają, więc mówię do Ojca Pio: „No, tym razem muszę mieć pomoc z góry, bo nie ma siły, nie zdążę". Tak właśnie mówię: „Musisz mi pomóc".

No i co? Stoję ostatnia w kolejce. Pytam pierwszą osobę, dokąd jedzie: w zupełnie inną stronę, zresztą taksówki i tak nie ma. Ale z bocznej ulicy w tej chwili podjeżdża jakieś auto, zatrzymuje się koło mnie i jakiś mężczyzna pyta-„A pani doktor dokąd chce jechać?" Właściwie to się nawet nie zdziwiłam.
- Na Dębniki - mówię - no i jestem spóźniona minutę. To dawny pacjent, który mówi:
- A coś tak nagle mnie tknęło, żeby tamtędy pojechać A ja mówię:
-Jak na zamówienie dla mnie...
No, właśnie.
On mówi: „coś mnie tknęło", a ja myślę: „Padre Pio cię przysłał".
Cud?

No, dla mnie to jasne, że to interwencja z góry - ale jak to komuś udowodnić? Więc nie mówię nic nikomu. Żyję sobie i od czasu do czasu zatrudniam Ojca Pio, a On mnie.
Ostatnie Boże Ciało księdza Kardynała (Karola Wojtyły) w Polsce. Deszcz leje od trzech dni. Jak to będzie z pro¬cesją? W przeddzień, w środę wieczorem, martwimy się, bo wciąż leje, ale ja mówię: „Ano zatrudnię mojego Świętego". Zobaczymy
Czwartek ipsa die („tegoż dnia") - leje od rana. Pada, gdy ludzie ustawiają się na Wawelu. Msza święta ma być na zewnątrz, a tu pada. Wychodzi Msza święta, deszcz ustaje -przez całą procesję nie pada ani jedna kropla!

Ksiądz Kardynał niesie monstrancję - skupiony. Mówi kazanie - tłum ludzi uczestniczy.
Przez całą procesję nie spadła ani jedna kropla deszczu, ale zaledwie celebrans wszedł do Katedry, luneto Zmokli wszyscy - ale po procesji, nie podczas.
Cud? Oczywiście, zjawisko naturalne - ale ja wiem, to nie tak. Że mój prywatny Święty podtrzymał niebo i zasłonił Hostię niesioną na ulice. Nie zmuszam nikogo, że w to wierzył - nie mówię, ale ja wiem.

Pojechaliśmy na wycieczkę. Nasz przyjaciel ma tylko parę dni wolnych, a tu deszcz leje. Myślę, że to niesprawiedliwe, bo ten człowiek tak bardzo pracuje i potrzebny mu odpoczynek. Jak tu chodzić po lesie w taki deszcz? Co będzie?
I mówię tym razem głośno:
- No to ja muszę poprosić Ojca Pio. Niech coś zrobi.

Zaczynamy w plenerze Mszę świętą i nagle... nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy. Bo to nie to, że chmury przeszły albo że zawiał wiatr i chmury się rozstąpiły, ale było tak, jakby kto nożem przejechał przez te zbite chmury i rozsunął na boki! I nagle jasne, słoneczne niebo nad nami! Po obu stronach ciężkie chmury, a nad nami słońce - przez cały czas wycieczki!

Oczywiście, na proces kanonizacyjny się to nie nadaje, ale dla mnie ważna jest świadomość: „Mój Święty z nieba (bo wtedy już nie żył) o mnie pamięta".
I wreszcie był taki moment, że to nawet nadawałoby się do procesu.
Miałam wypadek samochodowy. Jechałam do małej miejscowości, gdzie miałam wygłosić referat w kościele, a po drodze jest taka góra przed miasteczkiem. Jedziemy tam, śnieg sypie, mróz ściska, ślisko na szosie i nagle z przeciwka jedzie ciężarówka, a na dole, przed nami, pług. Widzę, że kierowca usiłuje hamować, ale nie ma żadnego hamowania - i nagle zderzenie. Siedziałam koło kierowcy i siła uderzenia wyrzuciła mnie do przodu. Wybiłam głową szybę i całe czoło mam w odłamkach szkła. Zawieźli mnie do najbliższego szpitala. Chirurg powyjmował mi szkło, ale był młody i niedoświadczony i nie zauważył nic więcej. Zresztą ja się śmiałam, że nic mi się nie stało.

Pojechałam do tej wsi, wygłosiłam kazanie. Ksiądz powiedział, że miałam wypadek, ale - Bogu dzięki! - nic groźnego. I odjechałam do Krakowa. Dopiero w nocy ujawniło się, co się naprawdę stało: do rana narósł mi olbrzymi, biały obrzęk oczu i twarzy. Wezwany chirurg nie miał wątpliwości: pęknięta opona i obrzęk z płynu mózgowo-rdzeniowego. Unieruchomić i operować!

Dzwonię do znajomego neurochirurga i pytam, co my¬śli. Operować? Nie trzeba, ale parę tygodni należy płasko leżeć. Może samo się zamknie.
Parę tygodni płasko leżeć?
A ja mam program napięty różnymi zajęciami, a oprócz tych zajęć mam jechać do Rzymu - i chcę tam jechać. Nie mogę leżeć tygodniami. Leżę tylko trzy dni - tyle mogę - ale obrzęk nie schodzi. Nie bardzo mogę czytać, bo powieki też mam obrzęknięte. Leżę sama, więc udaje mi się na razie to ukryć. Co dalej?

Ale wieczorem mówię do Ojca Pio: „Nie, tym razem chcę cudu, bo muszę jechać".
Biorę obrazek, który przywiozłam sobie z San Giovanni Rotondo - taki z kawałeczkiem relikwii i z modlitwą o beatyfikację Ojca Pio - i przykładam ten obrazek do opuchniętej twarzy.
Zasypiam. Zasnęłam bardzo szybko.
Rano obudziłam się bez śladu obrzęku!
Pojechałam do Rzymu i zrealizowałam cały program.
Sama byłam zaskoczona, bo chociaż tak powiedziałam, że „teraz naprawdę potrzebuję cudu", to przecież nie byłam pewna, czy to jest możliwe. Nie wszystkie moje prośby Ojciec Pio spełnia. Są takie, których nie wysłuchuje, a wte¬dy myślę: „No cóż, On jest tylko pośrednikiem. Widocznie plan Boga jest inny".

A jakże często różne sprawy, które Mu zawierzam, spełnią! Teraz już nie mogę ukryć moich kontaktów z Ojcem Pio.

Ciekawość dziennikarzy spowodowała, że opublikowano listy krakowskiego Biskupa (Karola Wojtyły) na n temat po tylu latach. Teraz co chwila ktoś mnie pyta, czy jest prawda? Dostaję listy od różnych ludzi z prośbą o wstawiennictwo do Ojca Pio - tak jakby sami nie mogli Go o coś prosić. A teraz piszę, bo czuję się zobowiązana do wdzięczności nie tylko za to, co Ojciec Pio robi dla mnie - a czasem przeze mnie - ale także za ludzi, których przez niego poznałam. Przez te ostatnie 10 lat, kiedy miewam okazję bywać w Rzymie, spotkałam wielu ludzi i znalazłam wielu przyjaciół. I muszę powiedzieć, że wszyscy ludzie, z którymi się naprawdę zaprzyjaźniałam, to są „jego" ludzie: jego dzieci duchowe! Czasem aż zabawne, bo nie pada pytanie o Ojca Pio, ale zawiązuje się serdeczny kontakt i nagle przy jakieś okazji widzę w czyimś portfelu obrazek Ojca Pio albo nagle w rozmowie okazuje się, że ta osoba znała lub w jakiś sposób zetknęła się z Ojcem Pio. Po prostu obracam się w gronie ludzi, którzy żyli w zasięgu jego wpływów i do tych osób mam pełne zaufanie. I chciałabym doczekać tej chwili, kiedy fanfary na Placu świętego Piotra ogłoszą, że Kościół uznał Go świętym - chciałabym tego nie dla mnie, bo ja sama nie mam żadnych wątpliwości. Ten człowiek jest w Niebie, ale dla ludzi, dla tego zwariowanego świata, potrzebny jest przykład człowieka, który nie był takim świętym skostniałym w perfekcji cnót - co to już za życia wie się, że jest doskonały - ale żywy, realny, stojący twardo na ziemi, stąpający mocno po ziemi tymi obolałymi stopami i pochylony nad konkretną, ludzką nędzą. Człowiek, który tę ziemię ogarnął obolałymi dłońmi i z niczego stworzył takie proste, konkretne dzieło: Casa di Sollievo („Dom ulgi"). I który tymi rękami przenosił Boże łaski na tę pokręconą ziemię, który godzinami spowiadał i ratował grzeszników od zagłady. Taki święty jest potrzebny dla naszej ziemi i dla tej zagubionej ludzkości, która nie może odnaleźć prostej drogi do nieba.


Chciałabym to widzieć, jak się odsłoni jego postać wyniesiona na ołtarze i myślę, co zrobić - co zrobić?! - żeby ten moment przyspieszyć? Jak poruszyć to Niebo? Myślę, że do tego trzeba poruszyć Niebo, bo ta ziemia jest zbyt oporna i pełna przeszkód. Ten mnich cierpiał od ludzi Wiadomo, znosił wszystko cierpliwie, ale teraz może już dosyć tej cierpliwości czekania?

Jestem nie tylko nawet niecierpliwa, ile dość stara... Boje się, że tego nie doczekam, więc nie mogąc ruszyć tej ziemi, chcę poruszyć Niebo. Może łatwiej poruszyć Niebo?!
Chcę poruszyć Niebo, żeby stamtąd przyszło właściwe natchnienie, bo jest potrzebny jako wzór ten Święty, który rozumiał, czym naprawdę jest męka Chrystusa i umiał z niej korzystać dla ludzi; ten kapłan, który rozumiał istotę kapłaństwa i dlatego wszystkie siły oddał na użytek konfesjonału; ten dobry człowiek, który chciał pomóc znosić ból i który jedyny dał właściwy profil szpitalowi - który stworzył jedyny szpital, wzór dla katolickiego szpitala, gdzie personel ma obowiązek zająć się nie tylko ciałem, ale duszą ludzką; ten człowiek, który oddał życie ludziom. Ten człowiek jest potrzebny jako wzór - właśnie dzisiaj, właśnie teraz!

Jako wzór dla tych księży, którym się nie chce zasiąść do konfesjonału i wolą propagować generalne rozgrzeszenie. Jako wzór dla tych księży, którzy nie słuchają Stolicy Apostolskiej - a On przyjął wszystko, nawet całą niespra¬wiedliwość. Jako wzór dla księży, którzy w 15 minut, bez chwili adoracji, odprawiają Mszę świętą jak spektakl w teatrze. Jako wzór dla ludzi, którzy się nie spowiadają, a on potrafił człowiekowi wyliczyć jego grzechy, by go nawrócić i zbawić.
No, właśnie taki święty jest dziś potrzebny - taki nadzwyczajny, u którego życie nadprzyrodzone było zwyczajne. Właśnie taki potrzebny dla tego świata wpatrzonego w technikę i materię. Taki nadzwyczajny człowiek, który potrafił być tu i tam - dowód na to, że człowiek żyje w dwóch wymiarach ducha i ciała, a nie tylko dla ciała.
No więc żeby poruszyć Niebo, trzeba się modlić o to, żeby ten proces wreszcie się skończył.

Bo właściwie ten proces to jest tylko biurokracja, sterty papierów, które i tak nie przemogą ludzkiej pewności. Padre Pio jest święty, czy go tak nazwą, czy nie. Ludzie - setki, tysiące ludzi - dziś już mają to przekonanie, ale jest po¬trzebny ten akt formalny, żeby jeszcze pomnożyć możliwości działania. Myślę, że Ojciec Pio chce być kanonizowany nie dla siebie - bo po cóż Mu to? - ale dla wszystkich, którzy Go znali i kochali i dla tych wszystkich, którzy mogliby się nawrócić za jego przyczyną. Bo o to Mu chodziło.
Chciał zawsze objąć jak największą liczbę ludzi perspektywą zbawienia. Bo po cóż On zorganizował grupy di Preghiera („modlitewne")! Wyłącznie po to, żeby szerzyć królestwo Boże na ziemi, żeby jak największą liczbę ludzi ocalić od potępienia.
Jeżdżę do Italii i zawsze wpadam do San Giovanni Rotondo, i mówię Mu rzeczy, o których On i tak wie. Ale tam jest też to miejsce, gdzie żył, skąd przekazywał to dobro, więc jeżdżę tam. Ludzie rzucają kwiaty na grób - a przychodzi jakiś mnich i zabiera, bo „nie wolno szerzyć kultu"!

Nie rozumiem tego. Co to znaczy? Kto może mi zabronić modlić się do mojego Świętego? A wreszcie, przecież warunkiem kanonizacji jest vox populi („głos ludu")!
Ludzie muszą uznać kogoś świętym i dopiero wtedy Kościół to akceptuje. A ludzie już dawno uczynili Ojca Pio świętym, bo Go znali. „Znał swoje i one go znały" - więc na co jeszcze czekać???

/2 maja 1999 roku Jan Paweł II ogłosił Ojca Pio błogosławionym. Podczas uroczystej Mszy świętej beatyfikacyjnej, transmitowanej Przez telewizje całego świata, obok ogromnej rzeszy czcicieli zebranych na Placu świętego Piotra była również pani Wanda Półtawska (przyp. redakcji)/.
 
 
Abuna Zygmunt
Abuna Zygmunt


Miejscowosc: Aleppo
Wysłany: 27 Czerwiec 2009, 22:16   

Dzieki Tereso za p.Poltawska i ojca Pio !
 
 
bp
Bogna


Miejscowosc: Warszawa
Wysłany: 28 Czerwiec 2009, 22:09   

Wielkie dzieki!!!
 
 
ania
ania


Miejscowosc: Bonstetten
Wysłany: 29 Czerwiec 2009, 22:53   

i ja dziękuję, jakże dobrze robi taka lektura
_________________
ania
 
 
tg


Miejscowosc: Północne Mazowsze
Wysłany: 30 Czerwiec 2009, 07:38   

Czytam właśnie książkę "Beskidzkie rekolekcje" Wandy Półtawskiej - ksiazkę zdobyła moja siostra Marta (kupiła ja dla naszej chorej Mamy); mam zamiar zamieścić w tym miejscu fragmenty tej książki, ale teraz jestem przy Mamie i nie mam tu skanera, ale za to mam czas na przeczytanie tej księgi wspomnień...

Autorka podzieliła wspomnienia na kilka części, zamieścila fotokopie osobisych listów otrzymanych od JP II, w których Ojciec Świety przekazuje p. Wandzie fragmenty Pisma Świętego jako material do codziennych rozważań. Wszstkie listy podpisuje Karol Wojtyła jako Br. (brat), a adresatke nazywa Dusią. I te rpozważania zajmują najwięcej miejsca w książce. Ciekawe jest to, że z treścią tych rozważań zapoznawała Ojca Świętego na bieżąco..Dowiaduję sie wielu ciekawych rzeczy, o których dotąd nie słyszałam. Milo się czyta wspomnienia z biwaków z lat 60-tych..

Króciutki fragment listu do Dusi:

21.XI. 1978
Przesyłam Ci w załączeniu "rozmyslania" od 28 X (do 28 XI). Przesyłam Ci również Twoj zeszyt z moimi zakreśleniami. Juz w poprzednim liście napisalem, jakie wrażenie wywarła na mnie "lektura" tego zeszytu. Znajduje to wyraz w tych podkreśleniach - i dlatego Ci przesyłam, tak jak zresztą zawsze czyniłem.

Modle się za Ciebie i za Was wszystkich codziennie rano i wieczór...
Bogu oddaję Ciebie, Andrzeja i wszystkie Wasze Dzieci - i każdy Wasz dzień.

P.S (Dzis dostałem list, który przywiózł bp Julian)
Załączniki (rozmyslania) nie zginęły, tylko zapomniałem ich wlozyć Andrzejkowi; przesyłam najserdeczniejsze życzenia na 30 listopada - ale jak z listu wynika - będzie wówczas w Wiedniu, a raczej będziecie razem. X. Stasiu ma być w Krakowie pojutrze, więc ustalicie szczególy. Rutinoscorbin biorę.

4 XII są imieniny Basi i pamiętam o Niej codziennie i Bogu ją polecam, powiedz Jej to od Wujka.
8 XII - imieniny Marysi - napisz jej, ze pamietam.

Br.
 
 
Basia

Miejscowosc: Warszawa
Wysłany: 3 Lipiec 2009, 11:04   

Delektowałam sie czytając o moim ukochanym świetym , bo Ojciec Pio jest bliski mojej duszy i sprawom o które za jego wstawiennictwem nieustannie proszę...W piatki pracuje krócej i moge jeździc na msze o god z15 w kościele Ojca Pio na Kabatach ......Chcę przeczytać "Beskidzkie rekolekcje''...koniecznie
Dziekuję Tereso

Z Bogiem.. wakacyjnie chociaż w pracy
Basia
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group